Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FILMY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FILMY. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 stycznia 2013

ONCE (2006)

Reżyseria: John Carney
Scenariusz: John Carney
Produkcja: Irlandia 2006
Gatunek: melodramat
Główni aktorzy: Glen Hansard, Marketa Irglova

To jest film, który nie tylko odważnie określić mogę, jako piękny, ale też romantyczny (choć to słowo zostało dawno wyprane z większości pozytywnych znaczeń). Cudownie prosta fabuła: busker z Dublina napotyka podczas grania imigrantkę z Czech, która dostrzega jego talent i chce go lepiej poznać. Okazuje się, że obojgu nie jest w życiu lekko, każde z nich stara się jednak znaleźć miejsce na swoją pasję, choć nie może jej realizować zgodnie z marzeniami. Razem tworzą coś naprawdę niezwykłego, dzięki czemu ten film jest wyjątkowy.

Przed obejrzeniem go nie czytałam żadnych zapowiedzi, ani recenzji, więc podczas oglądania cały czas miałam ogromną nadzieję, że główne postaci, to nie zwykli aktorzy, ale prawdziwi muzycy (śpiew wyglądał na autentyczny, ale wydawało mi się to mało prawdopodobne). Niezwykle się ucieszyłam, kiedy okazało się, że Glen i Marketa naprawdę nagrali razem płytę i byli razem zupełnie poza-filmowo. Uważam, że wielkim sukcesem jest ich udział w tej produkcji. Hansard, typowy, rudawy Irlandczyk, ma niezwykle magnetyczną urodę, twarz w której doskonale maluje się wrażliwość, melancholia i okrywająca je pogoda ducha, w połączeniu ze skromnym ubraniem i ulicznym graniem, tworzą obraz romantyka, o którym marzą wszystkie kobiety (a przynajmniej te, które jak ja karmione były mitem bratniej duszy, romantycznej miłości i innymi krzywdzącymi ideami). Partnerująca mu Irglova gra osobę niezwykle skromną, a jednocześnie zadziorną i interesującą, której talent dopełnia ciepłą i świeżą urodę.
 Byłam zachwycona wieloma scenami tego filmu, jedną z moich ulubionych była zabawna rozmowa w autobusie, kiedy on opowiada o byłej dziewczynie, dla której i o której pisze swoje piosenki. Oczywiście najbardziej wzruszyły mnie wspólne wykonania, które są fenomenalne i w połączeniu z możliwością obserwacji ich fizjonomii podczas gry i śpiewu dały mi poczucie, że biorę udział w czymś naprawdę dobrym i pięknym. Soundtrack z tego filmu to zresztą najlepsza po nim pamiątka. Falling slowly, ale przede wszystkim When Your Mind's Made Up są  znakomitymi aranżacjami, które wbrew woli cisną łzy w oczy, nawet jak się je słyszy drugi czy trzeci raz. Jest też bardzo mocna scena, w której na wzgórzu z widokiem na morze on pyta: What's the Czech for: Do you love him? a ona odpowiada mu po czesku. Właściwie sceny w studiu też są genialne, czy scena z ojcem, który słucha nagranego dema. Wyprowadzenie i domknięcie filmu - zachwycające.

Polecam, bo to nie jest tania droga do wzruszenia, a głębokie, choć proste, bliskie zwykłemu człowiekowi, kino, wzbogacone urokliwymi dźwiękami.
Jeśli zaś chcielibyście sobie przypomnieć tę historię, warto posłuchać soundtracku:

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Safety Not Guaranteed (2012)

Reżyseria: Colin Trevorrow
Scenariusz: Derek Connolly
Kraj i rok: USA, 2012
Gatunek: melodramat
Główni aktorzy: Aubrey Plaza, Mark Duplass

Fabułę filmu rozpoczyna nietypowe ogłoszenie zamieszczone w gazecie:
WANTED Someone to go back in time with me. This is not a joke. You'll get paid after we get back. Must bring your own weapons. Safety not guaranteed. I have only done this once before.
i to chyba tyle, co chciałabym z niej zdradzić. Polecam zaś z uwagi na niezwykłą lekkość tej historii, nieco romantycznej, nieco zabawnej, która jest jednocześnie głęboką, a wręcz miażdżącą refleksją o ludzkiej tęsknocie. Nie mam tu na myśli łzawych sentymentów, ale poczucie, że może istnieć, jakiś lepszy świat. Myśl, która może być początkiem małych smutków bądź wielkich idei. Wciągnął mnie nie tylko scenariusz, ale i role pierwszoplanowe: świetnie odegrana niewinność, smutek, wrażliwość, w połączeniu z lekko naiwną twarzą głównego bohatera i magnetyczną urodą aktorki, stworzyły naprawdę interesujący klimat. Najprościej mówiąc jest to ciepła (choć czasem odrobinę gorzka), niebanalna opowieść o emocjach, zaufaniu, wierze w drugiego człowieka.

niedziela, 6 stycznia 2013

Michelle Williams

Michelle Ingrid Williams jest amerykańską aktorką, którą poznałam dzięki śledzonemu z pasją jeszcze chyba w podstawówce serialowi Dawson's Creek. Grała tam Jen Lindley - jedną z najciekawszych, choć początkowo drugoplanowych postaci, zbuntowaną aczkolwiek nad wiek dojrzałą i kobiecą nastolatkę, która pojawia się jako konkurencja, dla typowej girl next door w stylu tomboy (granej przez Katie Holmes). Zachwyciła mnie jej uroda, oraz znakomicie kreowana postać - obojętnie czy skakała w piżamie po fotelu słuchając tandetnego rocka, całowała się z estetycznie niemożliwym do zniesienia bohaterem tytułowym, tudzież wymiotowała bądź umierała na wadę serca - we wszystkich ujęciach przyciągała moją uwagę jak magnes. Nic więc dziwnego, że obsadzono ją w końcu w roli Marilyn, szkoda tylko, że swoim wdziękiem i talentem nie uratowała tej super nudnej produkcji. Słodką i niedojrzałą Michelle można powspominać w epizodach Prozac Nation (niestety dość słaby film o nastolatce popadającej w depresję), oraz kilku minutach bardzo przyjemnego Station Agent - niewyszukanej opowieści o akceptacji i zawiązywaniu się przyjaźni. Do roli w Incendiary sporo schudła i bardzo dobrze opanowała brytyjski akcent, szkoda tylko, że scenariusz to straszny gniot. Wydaje mi się, że aby docenić w pełni jej warsztat, ale przede wszystkim to, za co lubię ją najbardziej - zwyczajność i naturalność (bo nie jest to wielka aktorka pokroju Meryl Streep), warto zapoznać się z kilkoma filmami, w których brała udział w roli głównej. Zwykle były to produkcje o nieskomplikowanej, czasem wręcz minimalistycznej fabule, przede wszystkim skupiające się na jak najlepszym oddaniu emocji i zbliżeniu do świata odbiorcy. Nie jest to rodzaj filmów szczególnie przeze mnie lubianych, gdyż kino traktuję zwykle jako ucieczkę od rzeczywistości, a nie gabinet terapeutyczny. Niemniej dla możliwości obcowania z Michelle, postanowiłam zarzucić swoją niechęć i jestem z tej decyzji bardzo zadowolona.

Blue Valentine (2010)

Najprościej mówiąc jest to opowieść o rozpadającym się małżeństwie. O jego romantycznych początkach (on wierzy, że można trafić na tę jedyną osobę, ona jest zauroczona jego poczuciem humoru, beztroskim stylem bycia, miłym usposobieniem), o próbach radzenia sobie z  problemami, kłótniami o wszystko i nic, oraz chęci przywrócenia dawnych więzi. Williams gra kobietę spracowaną, zmęczoną nieustannym ponoszeniem odpowiedzialności i podejmowaniem decyzji, żyjącą u boku dużego chłopca, dla którego ważne jest szczęście i dobro rodziny, choć nie potrafi go uwzględnić w motywacji do planowania i samorozwoju. Od początku odczułam empatię do obu postaci, nie ma tu winnych, oboje są wrażliwymi, ciepłymi, dobrymi ludźmi, którzy coraz bardziej zamykają się w osobnych światach, przestają się słyszeć i komunikować poza "dialogami operacyjnymi". On, po tym, jak kilka lat wcześniej wykazał odwagę decydując się na ślub z kobietą noszącą cudze dziecko, z czasem popadł w bezradność (związaną z brakiem pracy i perspektyw) i towarzyszący jej alkohol. Ona, dusi wszystko w sobie, jest męczennicą, która odsuwając go od swojego ciała, odracza największą odpowiedzialność, jaką będzie musiała podjąć, decyzję o całkowitym rozpadzie małżeństwa. W tym filmie odnajdziemy Michelle radosną, pogodną, tą którą polubiłam za jej nastolatkową słodycz z wypisaną na twarzy inteligencją. Jest także dojrzała kobieta, z którą utożsami się chyba większość pracujących i wychowujących dzieci żon, ale tak naprawdę każdy widz, bo dużym atutem filmu jest oddanie napięć, uczuć, emocji, w sposób niezwykle wierny. Film przez to trochę męczy, a jak wiemy spora część widzów nie chodzi do kina po to by oglądać własne życie. Niemniej nawet jeśli nie potrzebujecie autodiagnozy, mogę go Wam polecić, ponieważ obie role zostały zagrane naprawdę dobrze... a niebanalne filmy o emocjach dają też coś w rodzaju catharsis. Jeśli zaś ktoś miałby ochotę na nieco lżejszą opowieść, polecam Like Crazy - również prosto o związkowych emocjach, z piękną muzyką i mniejszą ilością silnych napięć, no i już bez Michelle. Za to odradzam bezsensownie posklejaną z kilku dobrych pomysłów historyjkę Mammoth, w której Michelle również gra zmęczoną pracą matkę, a zarazem jedną z trzech głównych postaci, które muszą odnaleźć w swoim życiu priorytet, jakim jest rodzina. W tym przypadku lichy scenariusz zupełnie zmarnotrawił potencjał całkiem dobrych aktorów.

Wendy and Lucy (2008)

Ten film pokazuje, że Michelle nie jest aktorką jednowymiarową, choć bywa obsadzana w podobnych rolach. Punktem wyjścia jest niezmiernie prosta fabuła: dziewczyna bez perspektyw na dalsze życie, zabiera ukochaną suczkę Lucy i za ostatnie grosze wyrusza w kierunku Alaski, gdzie ponoć szukają ludzi do pracy; plany krzyżuje jej zepsuty samochód oraz niemożność odnalezienia zagubionego psa. Jak nietrudno się domyślić widząc plakat, najważniejsza jest tutaj silna więź z istotą pozaludzką, czyli jedna z tych relacji, którą niezwykle trudno mi zrozumieć (zwłaszcza, że najsilniejsze emocje łączą mnie z tymi, z którymi mogę długo i ciekawie rozmawiać). Scena, w której bohaterka obwiązuje różne punkty w mieście ostatnimi ubraniami, tak by Lu mogła ją znaleźć, lub moment, w którym okazuje jej empatię wymagającą całkowitego zarzucenia egoistycznej  perspektywy właściciela, były naprawdę wzruszające. Cieszę się również, że zamiast estetyki słodkiej blondynki, (którą w nieco ostrzejszej wersji możecie podziwiać jeszcze w filmie Deception), mamy wiecznie nieuczesaną, nieumalowaną, biednie ubraną, zdeterminowaną brunetkę, której samotność wypełnia silna więź z czworonogiem. Nie muszę chyba dodawać, że ten film mówi wiele o nadziei i samotności. No i nie jest męczący a spokojny i wyważony, zatem w jakieś wolne popołudnie warto do niego zajrzeć.

Take This Waltz (2011)

To ostatni film, który mogę szczerze polecić. Opowiada o rozdarciu między dwoma silnymi emocjami. Uczuciem opartym na wzajemnym zaufaniu, zrozumieniu, wieloletnim poznaniu i sentymentach oraz afekcie pełnym niepewności i wzajemnej fascynacji. Michelle gra Margot - ustatkowaną, przykładną żonę, zadowoloną ze swojego życia, która poznaje na wycieczce atrakcyjnego mężczyznę, jak się okazuje sąsiada z tej samej ulicy. Stopniowo zaczyna dostrzegać, że w jej życiu brakuje namiętności, choć jest czułość i mnóstwo radości każdego dnia. W końcu staje przed podjęciem decyzji, która może wszystko zmienić lub prowadzić do punktu wyjścia. Mamy więc kolejny raz do czynienia z niezwykle prostą fabułą, niemniej nie ma to znaczenia, kiedy film ma za zadanie opowiedzieć o miłości i związkach w sposób bliski kinowemu everymanowi.  Margot, to postać, której nie można nie lubić: lekko rudawa, z pyzatą buźką, ubrana w stylu retro-french, pogodna i ciepła, potrafi nasikać ze śmiechu do basenu, z drugiej strony być strasznie spięta, jakby nosiła na barkach cały świat. Podobnie jest z Danielem (Luke Kirby): uprzejmym, ciepłym, jednocześnie niezwykle intrygującym i seksownym sąsiadem, który wozi ludzi rikszą dorabiając w celu realizowania malarskiej pasji. No i jest jeszcze mąż, gotujący codziennie kurczaki, aby opracować najlepsze przepisy do książki kucharskiej. Najwyraźniej widzimy jednak problemy Margot, która zmaga się z instynktami swojego ciała, z emocjami. Zostało to cudownie pokazane podczas ujęć w wesołym miasteczku, które przypomniały mi od razu moją ukochaną scenę dyskotekową w Like Crazy. Inne podobieństwo to brak happy endu, za który oba filmy uwielbiam. Niemniej najważniejsze jest to, że oglądając je, czuję jakby snuły opowieść o ważnych momentach mojego życia, a skoro nie zawsze można znaleźć zrozumienie w drugim człowieku, miło je znaleźć w kinie.

niedziela, 2 września 2012

LIKE CRAZY (2011)

Reżyseria: Drake Doremus
Scenariusz: Drake Doremus, Ben York Jones
Kraj i rok: USA, 2011
Gatunek: melodramat
Główni aktorzy: Felicity Jones, Anton Yelchin

Trudno ten film opisać spojrzeniem chłodnego i oczywiście lekko wrednego krytyka. Nie wiem, czy komukolwiek się spodoba, czy jest po prostu jednym z wielu nudnych filmów o uczuciach skierowanych do kobiet. Nie chcę jednak się tłumaczyć z tego, jak bardzo mi się spodobał.
Film ma niezwykle prostą fabułę, dotyczy ona każdego związku, zakochania, rozstania, jakie przeżyliście, przeżyjecie... bez względu na to, czy spotkały Was podobne okoliczności. Opowiada o nich przez emocje wyrażane w dźwiękach, gestach, mimice bohaterów. Nie przeszkadza w nim zatem skrótowość, przeskakiwanie okresów czasu... bo chodzi o kwintesencję, którą jest pokazanie tego, o czym na co dzień być może wstydzilibyśmy się mówić. Bo miłość, zakochanie, rozstania...im człowiek starszy tym bardziej wstydliwe. Przyznać się przed sobą, przed światem, że są w stanie nas pochłonąć tak proste, choć wzniosłe emocje... niebanalnie o nich opowiedzieć, współodczuwać z tymi, którzy je przeżywają, z wiekiem jest coraz trudniej.
Polubiłam ten film, za aktorów, za cudowną rolę Felicity Jones, ale także Antona Yelchina. Ich twarze są takie swojskie, naturalne, zwyczajne. Każde z nich przedstawia bliską sercu wrażliwość... nie wiem tylko na ile bliską kinowemu evrymanowi. Ja te twarze uwielbiam, malujące się na nich troski, uśmiechy, lęki, niepewności. Spojrzenia...tembr głosu... podkreślone cudownym wybrzmieniem fortepianowych dźwięków.
Jeśli kiedykolwiek chciałabym opowiedzieć o takich emocjach (a wątpię bym chciała): emocjach tęsknoty, emocjach porozumienia, emocjach rozejścia się życiorysów i ponownego ich splatania... nie wiem, czy potrafiłabym to zrobić lepiej, niż przekazał to w prosty (być może dla wielu banalny) sposób ten film. Nie tylko w historii głównych bohaterów...

Polecam Like Crazy, dlatego że mówi coś o chwilach... o wrażliwości... które być może znacie, które przeżywacie, przeżywaliście, lub chcielibyście przeżyć.
Tworzące jego oprawę utwory skomoponowane przez Dustin'a O'Hallorana są niesamowicie przyjemne.
Chociażby We Move Lightly:

 Zresztą na youtubie znajdziecie wszystkie utwory ze ścieżki dźwiękowej. Ten, który jest mi bliski z uwagi na sceny w filmie obrazujące pewien stan umysłu nie jest autorstwa O'Hallorana, ale świetnie się wkomponowuje w estetykę filmu.

sobota, 14 lipca 2012

INCEPTION (2010)

Reżyseria:Christopher Nolan
Scenariusz: Christopher Nolan
Kraj i rok: USA, 2010
Gatunek: dramat sci-fi
Główni aktorzy: Leonardo DiCaprio, Joseph Gordon-Levitt, Ellen Page

Są filmy, które widział prawie każdy, o których sukcesie było głośno w mediach, wśród krytyków i które zostały docenione przez akademie filmowe. Czasem do takich filmów zaliczyć możemy przereklamowane nudziarstwa np. Iron Lady, a czasem filmy, które warto będzie polecać przez następne kilka lat, jakim oczywiście jest Incepcja.

Kiedy już myślałam, że najlepsze sci-fi mamy za sobą (mam tu na myśli serię Alien cz.1-4), pojawiła się Incepcja, pomysł niezwykle świeży, pełen artyzmu i dawno zapomnianej finezji. Właściwie przypisując ten film do gatunku dramat sci-fi  dokonałam arbitralnego wyboru, gdyż znajdziemy tu również bardzo dobre elementy sensacyjne, (niektórzy twierdzą nawet, że to thriller :)), w połączeniu ze spajającym fabułę wątkiem melodramatycznym, a wszystko w przyjemnej dawce surrealizmu. Dobór obsady jest wręcz idealny. Pomijając wybitnego Leonardo DiCaprio (jeśli ktoś śmie w ową wybitność wątpić, niech wróci do filmów Aviator, czy Blood Diamond), mamy najświeższe gwiazdy Hollywood: Josepha Gordona-Levitta, (o którym już zresztą wspominałam) i wschodzącą Ellen Page.

Film opowiada historię niezwykłego wynalazku i człowieka, który jego użycie opanował niemal do perfekcji. Dom Cobb specjalizuje się w wykradaniu, niezwykle przydatnych dla świata wielkiej finansjery, sekretów. Zostaje zaangażowany w misję, która być może pozwoli mu uporać się z przeszłością (zapłatą za wykonane zadanie będzie upragniony powrót do dzieci i rodzinnego domu), ale przede wszystkim stawia przed nim największe zadanie w dotychczasowej karierze. Tym razem zamiast kraść, musi w bardzo delikatny i wyrafinowany sposób, coś podłożyć, podłożyć w niezwykle fascynujące, a zarazem niebezpieczne miejsce, jakim jest: ludzka podświadomość. Jak tam dotrzeć i jednocześnie nie pogubić się w zlepku elementów własnej i cudzej wyobraźni, wspomnień i teraźniejszych doznań, opowie Wam oczywiście Incepcja.

Na mnie film zrobił ogromne wrażenie. Wykorzystanie na nowo, starego problemu filozoficznego (Skąd wiemy co jest rzeczywistością?), który w najlepszej formie pojawił się dotychczas w Matrixie, stało się kolejny raz kinowym hitem. Pomysł jest mi szczególnie bliski z uwagi na przeżywane przeze mnie raz na kilka miesięcy fałszywe przebudzenia., pojawiające się przez całe dzieciństwo świadome śnienie, oraz niezwykle rzadki paraliż senny. Kto doświadczył powtarzających się wielokrotnie pod rząd fałszywych przebudzeń, świetnie odnajdzie się w klimacie filmu. Dodam tylko, że ja po tym, jak wybudzałam się kilkunastokrotnie do kolejnego snu, (w którym znajdowałam się kolejny raz w moim własnym pokoju, w którym rzeczywiście spałam i który nagle zmieniał się w koszmar); miałam przez minutę, czy kilka ogromny problem z tym, aby uwierzyć, że po prawdziwym przebudzeniu jestem już w rzeczywistości (a nie jej podróbce urojonej we śnie). Równie przerażające jest doświadczenie przebudzenia, kiedy nasze ciało jeszcze śpi i nie można nim poruszyć. Mam nadzieję, że nie będą mnie takie niespodzianki nawiedzać na starość. Świadome śnienie jest w porównaniu czymś niesamowicie przyjemnym. Przez całe dzieciństwo miałam sny, w których byłam świadoma, że śnię i które mogłam w związku z tym modyfikować (choć w sposób ograniczony, np. latanie było możliwe tylko do ok. 1m od ziemi), dopiero kilka lat temu pojawiły się sny, w których nie zdaję sobie sprawy, że są snami. Wraz z nowym doświadczeniem przyszły niestety fałszywe przebudzenia.

Serdecznie polecam Incepcję, pozwala poruszyć troszkę zmurszałą, zastałą i przywiązaną do praw fizyki, biologii i etyki, dorosłą wyobraźnię.

wtorek, 19 czerwca 2012

Detachment (2011)

Reżyseria:Tony Kaye
Scenariusz: Carl Lund
Kraj i rok: USA, 2011
Gatunek: dramat psychologiczny
Główni aktorzy: Adrien Brody

Jest to wyjątkowy film. Pozornie kolejna, choć bardziej niż zwykle melancholijna, opowieść o stanie współczesnej edukacji w USA, a dokładniej historia  Henry'ego, który przybywa do kolejnego liceum na zastępstwo i pokazuje nam, jak trudno być nauczycielem. Jednak scenariusz filmu nie jest banalny, nie skupia się na młodych gniewnych, którzy zostają uratowani przez utalentowanego belfra. Jest to obraz o nieustannych zmaganiach jednostki, przede wszystkim samej ze sobą - z przeszłością, teraźniejszością i niepewną przyszłością. O poszukiwaniu niewielkich fragmentów w ludzkich życiorysach, które pozwolą wykrzesać choć odrobinę nadziei na zmianę. Główny bohater - to z jednej strony silny i pewny siebie nauczyciel, który potrafi zmusić młodzież do myślenia, uchylić rąbka tajemnicy o mechanizmach jakie nim kierują, wreszcie okazać empatię i zrozumienie będąc pod presją  przepisów. Z drugiej strony to człowiek lekko zagubiony, w świecie swoich emocji, wspomnień, żyjący niejako z brzemieniem jakie niesie ze sobą powołanie do wykonywania coraz trudniejszego zawodu.
Zdradzając elementy fabuły warto wspomnieć o: ściągniętej z ulicy Erice, która zadamawia się w mieszkaniu bohatera po tym, jak zaoferował jej coś do jedzenia. Nie poznajemy jej historii, natomiast film pozwala nam doskonale zrozumieć emocje, które towarzyszą jej niezwykle trudnej relacji samej ze sobą, która tak naprawdę sprowadza się do tak bardzo znamiennego, a niezwykle ważnego w budowaniu tożsamości nastolatków,  poszukiwania akceptacji. Pragnie jej również Meredith, która w Henry'm pokłada jedyną nadzieję na zmianę.

Detachment to film dobry pod tak wieloma względami, że trudno je będzie tutaj wszystkie wymienić. Zachwycają zdjęcia (zbliżenia) przeplatane rysowanymi na tablicy i czasem mocno ironicznymi rysunkami; delikatna ścieżka dźwiękowa; gra Adriana Brody'ego, który jest fenomenalny w tym wcieleniu udręczenia połączonego z optymistycznym stosunkiem do rzeczywistości (wiarą w młodych ludzi, która tak bardzo jest im potrzebna); dobór obsady. Przedstawione w  filmie realia życia szkolnego, uczniów, ale przede wszystkim nauczycieli są boleśnie znamienne dla współczesnej rzeczywistości i niestety nie tylko amerykańskiej. Myślę, że równia pochyła na jakiej znajdujemy się w polskim szkolnictwie zmierza dokładnie w tym samym kierunku. Jest to zatem bardzo ważny obraz dla każdego człowieka, który podjął się trudnego wyzwania i obowiązku, jakim jest nie tylko bycie nauczycielem, ale przede wszystkim rodzicem. W tym filmie rodzice są nieobecni, a ich sporadyczne pojawianie się wiąże się z bezkrytycznym traktowaniem własnych dzieci, których zazwyczaj po prostu nie znają.
Detachment wyraża to, co trzeba dziś powiedzieć na temat bycia nauczycielem, bycia uczniem, bycia rodzicem, w niesamowitych dialogach, scenariuszu, który dla wielu osób przeszedł chyba niezauważony. Ten film nie tylko jest godny polecenia, ale wręcz moim zdaniem jest obowiązkowy.

sobota, 5 maja 2012

MYSTERIOUS SKIN (2004)

Reżyseria:Gregg Araki
Scenariusz: Mary Jane Skalski, Gregg Araki
Kraj i rok: Holandia, USA, 2004
Gatunek: dramat psychologiczny
Główni aktorzy: Joseph Gordon-Levitt, Brady Corbet

Jest to jeden z tych filmów, które trudno polecać znajomym. Jest tak chyba z każdym dramatem psychologicznym, który dotyka  niezwykle trudnych spraw, a przepełniona silnymi emocjami opowieść o molestowaniu seksualnym dzieci nigdy nie stanie się tematem swobodnie poruszanym przy kawce, czy filmem oglądanym z popcornem w rękach. Po tym filmie zadałam sobie pytanie, czy rzeczywiście powinniśmy oglądać takie filmy, jaki jest ich cel?
Mysterious Skin opowiada historię dwóch molestowanych chłopców, z których jeden nie potrafi zrozumieć, co tak naprawdę go spotkało i poszukuje odpowiedzi  w programach o porwaniach kosmitów, drugi zaś przeobraża się w męską prostytutkę i dostaje pieniądze za to, za co wcześniej dostawał słodycze.

Jest to jeden z pierwszych filmów, które ujawniły niezwykłe umiejętności aktorskie jednego z najbardziej obiecujących aktorów ostatnich lat: Josepha Grodona-Levitta. To właśnie jego kreacja sprawia, że film raczej średniej jakości, jeśli chodzi o montaż, czy grę pozostałych aktorów, przeobraża się w niezwykle wstrząsający obraz degradacji jednostki. Emocje, które przekazuje są naprawdę silne, a historia niezwykle smutna. Trudno ogląda się sceny, które budzą w nas tak silny sprzeciw, które mogły się wydarzyć i pewnie niejednokrotnie miały miejsce w wielu krajach na świecie. Film może służyć jako ciekawostka psychologiczna, daje możliwość zapoznania się ze sposobem myślenia ofiar pedofilów, z efektami jakie może powodować krzywda wyrządzona w dzieciństwie. Być może jest on ostrzeżeniem a jego celem pobudzenie ostrożności i uwagi rodziców, których rola jest tutaj prawie niewidzialna, a przecież powinna być pierwszoplanowa. Czy jednak te dwie funkcje są wystarczające by zachęcić kogoś do polecenia Mysterious Skin, pozwalając na to by kolejni widzowie wchodzili w świat, w którym naprawdę trudno się przebywa? Z pewnością jest to film dla ludzi, których emocje nie są poruszane łatwo przez obrazy i smutne historie, bo choć film nie zawiera wielu drastycznych scen, naprawdę trudno jest po nim wrócić do codziennej dawki niezbędnego optymizmu.

wtorek, 1 maja 2012

BANG BANG CLUB (2010)

Reżyseria:Steven Silver
Scenariusz: Steven Silver
Kraj i rok: Kanada, RPA, 2010
Gatunek: dramat na faktach
Główni aktorzy:Ryan Phillippe, Taylor Kitsch

Film opowiada historię 4 fotoreporterów wojennych, nazwanych przez prasę Klubem Bang-Bang. Kevin Carter, Greg Marinovich, Ken Oosterbroek, Joao Silva zasłynęli m.in. zdjęciami wykonywanymi podczas konfliktu, który rozpętał się w latach 1990-1994r. w RPA między ANC i IFP na drodze do wolności i upadku apartheidu. Fabuła filmu skupia się wokół codzienności jaka im towarzyszyła. Rutyny, na którą składały się: pożogi, morderstwa, porzucone ciała, krew, więcej krwi, łzy, oraz sposoby radzenia sobie z tą paletą obrazów: picie, jaranie jointów, zabawa, seks, byle jakoś zapomnieć, albo raczej nie myśleć.


Nie jest to najlepszej jakości film, nie dotyka jakiejś niezmierzonej głębi psychiki fotoreportera, ale bardzo dobrze udaje się w nim ukazać istotne konflikty wewnętrzne bohaterów, którzy musieli zmierzyć się z pytaniami: Czy etycznym jest brać pieniądze, a wręcz "żerować" na cudzej śmierci? Jakie znaczenie ma to co robię? Czy to naprawdę może coś zmienić i czy ta zmiana jest powodem, dla którego wykonuję ten zawód, czy może chodzi o dobrą kasę, prestiż i sławę? Jeśli to drugie, to czy warte są one ryzykowania życia? W końcu również z pytaniem: Co powinienem czynić? - pytaniem, wobec którego pewnego dnia stanął Kevin Carter, którego sławne zdjęcie, wywołało falę oskarżeń. (Z pewnością warto podjąć przy jego okazji temat naszego obowiązku pomocy. Wielu ludzi było oburzonych z powodu tego, że reporter mógł bezpośrednio obserwować ciężki stan umierającego z głodu dziecka i mu nie pomóc. Ciekawe ilu z nich od razu zdało sobie sprawę, że robią dokładnie to samo, stoją i obserwują, tylko z większej odległości i bez aparatu w dłoni. Trudno zresztą nie docenić roli tego zdjęcia, które miało ogromny wpływ na zwiększenie pomocy zagranicznej i zmotywowało wielu ludzi do podjęcia wysiłków w celu poprawienia losu najuboższych).

Warto obejrzeć ten film, bo choć może nie dowiemy się z niego za wiele na temat konfliktu w RPA, ani nie zagłębimy się w motywacje i losy konkretnego bohatera, to z pewnością pozwoli nam dostrzec doniosłość pracy ludzi, o których często zapominamy. Ludzi, których nazwiska pisane drobniutką czcionką, okrążają cały świat, tuż pod zdjęciami, które mogą wpływać na ludzkie losy, a bez których nie zdawalibyśmy sobie sprawy nie tylko z wielorakiego oblicza zła, jakie zapisało się na kartach naszej historii, ale także z możliwości, jakie kryją się pod naszymi codziennymi wyborami - możliwości pomocy, zabrania głosu, tworzenia  apeli, protestów, bojkotów w walce o lepszą rzeczywistość.
The Bang Bang Club - to szaleńcy, przykład szaleńców, którym wiele zawdzięczamy. Jak wiele? To warto ocenić samemu, bo pytanie o doniosłość tej pracy powinno z pewnością zostać postawione. Zwłaszcza, kiedy tak wiele osób decydowało się i nadal decyduje się dla niej ryzykować własne życie.

sobota, 14 kwietnia 2012

THE BRAVE ONE (2007)

Reżyseria: Neil Jordan
Scenariusz: Roderick Taylor, Cynthia Mort, Bruce A. Tylor
Kraj i rok: USA, 2007
Gatunek: dramat kryminalny
Główni aktorzy: Jodie Foster, Terrence Howard

The Brave One to jeden z tych filmów, które opowiedziane w skrócie przy herbatce najprawdopodobniej nikogo nie zainteresują. Główna bohaterka przeżywa tragedię, tuż przed ślubem ona i jej narzeczony zostają dotkliwie pobici, tylko jej udaje się przeżyć a następnie pozbierać z poczucia beznadziei oraz paraliżującego strachu. Dokonuje tego dzięki zakupowi broni, której następnie używa do zabijania nikczemnych postaci czyniących zło w mrocznym Nowym Jorku. Oczywiście po streszczenie fabuły i recenzję warto zajrzeć do filmweba, stopklatki, czy innego portalu. Ja natomiast chcę tylko powiedzieć, dlaczego mimo z pozoru banalnej fabuły, warto obejrzeć ten film. Co odróżnia go od setek podobnych scenariuszy? Odpowiedź dla wielu będzie oczywista: Jodie Foster! Jeśli do tej pory nie zachwyciła nikogo w Milczeniu owiec czy Kontakcie, to prawdopodobnie tutaj nie stanie się inaczej. Jeśli jednak wobec tak niesamowitego talentu aktorskiego i osobowości nie pozostaliście obojętni, warto zajrzeć do tego filmu.

Bohaterka - Erica Bain - to rola wymarzona dla Foster, która chyba przez Milczenie owiec "skazana" została do grania kobiet: inteligentnych, cierpiących i zdeterminowanych (dodałabym jeszcze, że pięknych, ale to już kwestia gustu). Poznajemy ją w stacji radiowej gdzie prowadzi audycję Streetwalker, dla której inspiracją są ulice Nowego Jorku. Już kilka pierwszych zdań, które  bohaterka wypowiada w eter, ukazuje nam jej niesamowitą wrażliwość ugruntowaną na wiedzy, inteligencji i życiowej mądrości. Od tego momentu jesteśmy już po jej stronie, cieszymy się z przygotowań do ślubu z pięknym mężczyzną, aż tu nagle napad  w parku, dotkliwe pobicie i przebudzenie do rzeczywistości, w której brakuje najbliższej jej osoby. Film nie skupia się jednak (jak to często bywa) na poczuciu beznadziei jaka pojawia się po utracie ukochanego, lecz na poczuciu strachu związanym z tym co ich spotkało. Nad lękiem, który pojawia się wraz z zwykłą chęcią wyjścia z domu, chęcią bycia bezpiecznym podczas jazdy metrem, czy wieczornych zakupów.

Przeistoczenie bohaterki w "rękę sprawiedliwości" może się wydać dość banalne, z Jodie Foster jednak nawet banalne wątki stają się niezwykle interesujące, siła osobowości Erici, determinacja powiązana z wewnętrznym zmaganiem się ze sobą, z tym co ją spotkało,  zostały bardzo dobrze odzwierciedlone w emocjach rysujących się na twarzy aktorki (zresztą chyba najlepiej dobranej do wątków kryminalnych kobiecej twarzy). Wrażliwa, twarda, piękna, dojrzała kobieta, o niezwykłej sile charakteru jest właśnie powodem, dla którego mogę ze spokojnym sumieniem polecić ten film (choć nie jest on jednym z najlepszych filmów jakie widziałam i poziom ma raczej dobry niż celujący).

Oczywiście na koniec 3 słówka na temat wątków etycznych w filmie. Otóż mamy tutaj problem: adekwatnej kary: Czy wymierzane przez bohaterkę kary są sprawiedliwe?; prymatu konsekwencjalizmu nad deontologią: Czy ważna jest wierność zasadzie (nie zabijaj, przestrzegaj prawa), czy może konsekwencje i intencje naszych czynów?; roli emocji w podejmowanych wyborach: W jakim stopniu mogą usprawiedliwiać nasze decyzje, kiedy możemy mówić o czynie dokonanym z premedytacją?
Właściwie film skonstruowany jest tak, że nieustannie wywołuje w nas mieszane uczucia: czy być po stronie bohaterki, czy może potępić ją za to co robi? Rozgrzeszyć ją ze wszystkiego, czy adekwatnie ukarać?
Scenarzyści wybrali odpowiedź na te pytania, warto jednak obejrzeć film i spróbować odpowiedzieć na nie samodzielnie.