Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POWIEŚĆ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POWIEŚĆ. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 listopada 2012

KRADNĄC KONIE

Autor: Per Petterson
Tytuł:  Kradnąc konie
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Wydanie: Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008

Dawno żadna książka nie zaskoczyła mnie tak pozytywnie. Swoim spokojem, łagodnością, dojrzałością i dystansem. Zabrała mnie do świata pełnego emocji i ciepła, które wyłaniają się z mroźnego, norweskiego klimatu. Dzięki świetnemu przekładowi, który doskonale oddaje oszczędny, acz z mistrzowską precyzją stosowany, język udało mi się nie tylko wczuć w świat dorastającego kilka lat po wojnie nastolatka, ale przede wszystkim ponad 60letniego emeryta, który postanawia zamieszkać samotnie (a właściwie z psem) w podupadającej wiejskiej chatce niedaleko jeziora.

"Przez całe życie tęskniłem za samotnością w takim miejscu jak to(...) nawet wtedy, na przykład w czyichś objęciach, gdy ktoś szeptał mi do ucha słowa, które bardzo pragnąłem usłyszeć, potrafiłem nagle zatęsknić  za miejscem, gdzie byłoby po prostu całkiem cicho. Mogłem o tym nie myśleć przez całe lata, lecz to nie oznacza, że nie tęskniłem."(s.11) - kiedy mówię o wczuciu w świat, mam na myśli pogłębiającą się z każdą stroną świadomość, że przedstawiony obraz jest mi niezwykle bliski, tak bliski, że po chwili staje się częścią moich teraźniejszych doznań i wspomnień. Wraz z bohaterem dotykam koni, głaszczę psa, siedzę w chatce grzejąc się przy piecyku, po tym jak złapał mnie ulewny deszcz, czuję zapach rzeki i lasu: "Zapach świeżo ściętego drzewa. Rozchodził się od drogi do rzeki, wypełniał powietrze, unosił się nad wodą i wdzierał wszędzie, oszałamiając mnie i powodując zawroty głowy. Byłem w samym środku. Pachniałem żywicą, pachniało nią moje ubranie i pachniały włosy, skóra pachniała żywicą, kiedy leżałaem w łożku i kiedy spałem w nocy. Zasypiałem z tym zapachem i budziłem się z nim, czułem go przez cały dzień. Byłem lasem."(s.93) Czytanie szybko zmienia się w silne poczucie więzi z opisywanym światem, sposobem patrzenia na niego. Mam wrażenie, że ta książka jest głęboko egzystencjalna, trochę jak Obcy Camusa, gdzie najwięcej dzieje się pod powierzchnią. Czasem wkrada się jakaś "złota myśl", jest ona jednak nienachalna, zwykle łagodnie wkomponowując się w snutą akurat opowieść.

"Słońce świeciło. Siedziałem na tylnej ławeczce z oczami zamkniętymi na światło i na znajomą twarz ojca, wiosłującego spokojnymi ruchami, i zastanawiałem się nad tym, jak to jest stracić życie tak wcześnie. Stracić życie, jak gdyby się trzymało w dłoni jajeczko i puściło je, a ono upadłoby na ziemię i się stłukło, i wiedziałem, że nie można wtedy poczuć absolutnie nic. Umarłeś to umarłeś. Ale co się czuje, jeśli w króciuteńkim ułamku sekundy tuż przed tym zrozumie się, że to już koniec? Była tam wąska szczelina, niczym ledwie uchylone drzwi, w którą starałem się wcisnąć, bo chciałem się tam dostać, z tej szczeliny sączyło się na moje powieki złociste światło słońca, i nagle się przez nią prześlizgnąłem, byłem tam z całą pewnością przez moment i wcale się nie wystraszyłem, tylko zasmuciłem i zdziwiłem panującą dookoła ciszą. Kiedy otworzyłem oczy, to uczucie we mnie pozostało.(...)czułem gdzieś w sobie jakąś maleńką drobinę, całkiem żółtą plamkę, i nie wiedziałem, czy kiedykolwiek zdołam się jej pozbyć." (s.69-70) Z dwójką rodziców po sześćdziesiątce, których zdrowie z każdym dniem okazuje się bardziej kruche, coraz częściej staram się przygotowywać do śmierci, choć wiem, że gdy przyjdzie do osób mi bliskich, każda wcześniej poświęcona jej myśl nie będzie miała znaczenia. Niemniej dobrze mi w świecie człowieka, który dokonując retrospekcji, rozmyślając nad możliwymi sposobami życia, próbuje ją oswajać. Najważniejsze jest jednak dla mnie jego przygotowanie do samotności, widoczne już w pełnej napięcia i poszukiwania zrozumienia relacji z ojcem. W więzi, którą rozpoczyna szczere pragnienie akceptacji: "Ponad ich ramionami widziałem jego spojrzenie, w pierwszej chwili zdezorientowane i  bezradne, które potem zaczęło szukać mojego wzroku, a ja jego. ostrożnie skinąłem głową. Odpowiedział mi tym samym i posłał mi lekki uśmiech przeznaczony tylko dla mnie, tajemniczy; zrozumiałem, że od tej chwili jest nas dwóch, że zawarliśmy pakt."(s.225) a kończy gorzkie rozczarowanie: "To było tak, jakby spadła kurtyna i zasłoniła wszystko, o czym kiedykolwiek wiedziałem. To było jak zaczynanie życia od nowa. Kolory były inne, zapachy były inne, wrażenia, jakie rzeczy wywoływały w głębi mnie, były inne. Nie była to jedynie różnica między gorącem a zimnem, między światłem a ciemnością, fioletem i szarością, tylko różnica w sposobie, w jaki odczuwałem strach i w jaki odczuwałem radość." (s.263) A także w stosunku do ludzi, u których nie ma potrzeby szukać zrozumienia:
"Ludzie lubią, kiedy coś im opowiadasz, w odpowiednich dawkach, oszczędnie, poufałym tonem, i wydaje im się, że cię znają, ale tak nie jest, owszem, wiedzą coś o tobie, bo poznają fakty, ale nie znają uczuć, żadnych twoich opinii, nie mają pojęcia, w jaki sposób to, co ci się przydarzyło, i to, na co się zdecydowałeś, uczyniło cię tym, kim jesteś. Wypełniają twoją opowieść własnymi uczuciami, opiniami i przypuszczeniami, komponują nowe życie, które ma bardzo mało wspólnego z twoim, a tym samym jesteś bezpieczny." (s.85) Ten cytat przypomniał mi zresztą pewne zjawisko z lokalnego sklepiku mojego małego miasteczka. Trafiam tam na różnych znajomych rodziców, sąsiadów, a nasze rozmowy wyglądają tak:
- No a Ty Ula, co robisz? Pracujesz?
- Nie, uczę się.
- Jeszcze? O boże, moja Ania/Zosia/Krysia już dawno studia skończyła, teraz to za mąż wyszła/ rodzi drugie dziecko/ kupiła mieszkanie/samochód.
- O, to gratuluję.
- A Tobie ile jeszcze zostało?
- No tak 2,3 lata.
- O jojojo joj.
Po czym dostaję litościwie-pocieszające życzenia. Uśmiecham się, cierpliwie przyjmuję wszystkie rady i odchodzę.

To w jaki sposób pisze Petterson jest niezwykle przyjemne. Wygłaszane słowa, poszukiwanie ciekawego ujęcia starego problemu, błyskotliwe uwagi... przestają tu mieć jakiekolwiek znaczenie. Ważne są dostrzeżone promyki słońca, kolor sukienki, gesty dotykające najgłębszych potrzeb człowieka. Można tu usłyszeć tętent koni i znaleźć przestrzeń dla swojej samotności.



 "...wiem, że mogę, że noszę w sobie tę zdolność do bycia sam i nie mam się czego bać."(s.193)

niedziela, 18 listopada 2012

JAK ZOSTAŁEM PISARZEM

Autor książki: Andrzej Stasiuk
Tytuł: Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej) Wydanie: III, Czarne, Wołowiec 2011

Jeśli zdarza mi się w księgarni dostrzec dział BIOGRAFIE, omijam go szerokim łukiem z malującym się na twarzy wyrazem lekkiego obrzydzenia. Jest to reakcja niemal automatyczna, jak ta chwila kiedy w TV trafiasz na piosenkę disco polo, Świat według Kiepskich, czy obrady sejmu i od razu przerzucasz kanał. Mimo, że wiesz, iż piosenka może mówić o ważnych dla kogoś wartościach, w serialu znajdziesz wiele życiowych prawd, a słuchając wypowiedzi polityków można podnieść mniemanie o własnej inteligencji. No więc okładki z 30-letnimi celebrytkami dokonującymi na 200 stronach podsumowania swojego szalonego żywota, zapowiedzi historii zdradzanych żon polityków, bądź przećpanych i niekochanych przez nikogo muzyków, wyraźnie zniechęcają do gatunku, który przecież nie winien, że stał się jednym z najmodniejszych sposobów na dorobienie na spłatę kredytu za luksus 300m2. Stasiuk napotkany na szczęście został w dziale powieści a dodatkowo podwójnie polecony, więc podtytuł nie zdołał zniechęcić do czytania, zaś po lekturze Grochowa nie mogłam się doczekać kolejnego tekstu. Faktem jest, że prawie nigdy nie interesuję się biografiami pisarzy, kontekstem w jakim tworzyli, ludźmi, którzy mieli na nich wpływ, tym wszystkim, czym zanudzają poloniści zanim jeszcze człowiek zdąży sięgnąć po książkę. Mam to w nosie z prostego powodu, dobrze napisana książka mówi sama za siebie, nie trzeba się memłać w życiorysach, by styl nas zachwycił, fabuła pociągnęła do ostatniej strony, a treść współgrała, bądź silnie kontrastowała z naszą wrażliwością. No ale to podejście do literatury dość prostackie, które przekląłby każdy porządny intelektualista. Na szczęście takowi nie czytują mojego bloga :) [Przy czym chyba muszę dodać, że intelektualista to pewien rodzaj obelgi, który najlepiej można zrozumieć zasiadając w którejś z krakowskich kawiarni].

Wracając do Jak zostałem pisarzem muszę przyznać, że od pierwszych stron z książką (ba! autobiografią) się zaprzyjaźniłam, choć jej styl początkowo był lekko irytujący (bo ile można słuchać faceta spod budki z piwem). Tak mi to właśnie Stasiuk wybrzmiewał, jak w dialogu przywinnym, czy przywódczanym. Z drugiej strony jednak zbyt trzeźwy i zdystansowany, a przede wszystkim jakiś taki niemożebnie mądry, wzbudzający nostalgię za czasami, których nie mogłam znać. Ot chociażby: "Żyliśmy jak zwierzęta. W stadzie. Niektórzy wyglądali jak ostatni kretyni. Nikomu to nie przeszkadzało. Niektórzy byli głupsi niż drewniane pięć złotych. Nikt im złego słowa nie powiedział. Podejrzewam, że już nigdy tak nie będzie."(s.11) Kiedy czytałam w całkiem niezłym wywiadzie z nielubianym przeze mnie psychologiem o rodzaju osobowości charakterystycznej dla mego pokolenia zrobiło mi się szalenie smutno. Nie wiem tylko czy dlatego, że żyję w czasach, w których pojęcie dialogu, solidarności, bycia 'byle gdzie, byle razem' odchodzą w zapomnienie; czy dlatego, że żyję wśród takich ludzi, a w związku z tym należy się zastanowić, czy nie najwyższy czas stąd uciekać?
A może to kwestia wieku? "Zależało nam na wolności. Dlatego tyle spacerowaliśmy. Całe dnie i noce. I jeździliśmy. Całe miesiące. Dopóki nie zrobiło się naprawdę zimno. Ale nawet wtedy próbowaliśmy. Jak nie stopem, to pociągami bez biletów. Kwity przychodziły do domu. Tam bywaliśmy coraz rzadziej. Tak. Podróżowaliśmy jak jakieś przygłupy." (s.18) Głupio jednak będąc człowiekiem młodym tęsknić do czasów podróżowania na stopa, spania na peronie (byle dojechać gdzieś tańszą osobówką), siedzenia do świtu przy ognisku, czasów kiedy "Zajmowały nas idee, a nie przedmioty".(s.24) Po tych wszystkich wojnach, walce z komuną, nie pozostaje nic innego, jak cieszyć się z kawiarnianych pogaduszek, wspólnej przerwy na lunch, wyjścia do kina, zaproszenia na 3daniowy obiad, wysłuchania koncertu, tańców na dyskotece do rana. Co prawda portfel robi się coraz cieńszy, a po kilku miesiącach takich spotkań wiemy o naszym towarzyszu tyle ile wyczytaliśmy w porannych newsach na facebooku, narzekać jednak nie wypada.

Stasiukowa biografia jest o tyle ciekawa, że jest osobista zupełnie nie wprost. Nie ma tu nachalnej wrażliwości - ckliwości, nie ma nudnego rozbierania przeżyć na czynniki pierwsze. Nie ma taniochy. Zaś  jest spojrzenie uważnego obserwatora, zdystansowanego do własnych słabości i otaczających realiów. ("Dopiero teraz widzę, że moje życie składało się ze zdarzeń. Kiedyś zdawało mi się, że z myśli i uczuć." (s.39)). Tylko naprawdę dobry pisarz potrafi tak wnikliwie oglądać świat, mówiąc o nim w tak przystępnym języku.

Momentów i słów ukochanych przeze mnie jest tu tak wiele, że właściwie musiałabym przepisać co najmniej kilkanaście stron. Ot, chociażby te z zabawnymi komentarzami na temat filozofów i pisarzy: "Próbowałem czytać Marksa, ale mnie znudził. Kupiłem go, bo był bardzo gruby i bardzo tani. Kupiłem też Lenina, ale to był zupełny bełkot. Ani słowa o życiu." (s.23), jak mimochodem pojawiająca się wzmianka: "Camusa też uważaliśmy za przereklamowanego. Owszem, przystojny, ale jak to u Francuzów za grube książki na za cienkie tematy."(s.113-114) No i moja ulubiona historyjka o Kierkegaardzie, którą Stasiuk opowiada też na początku wywiadu:

Szczerze mówiąc zaskoczyły mnie koleje jego losów: szwendanie, picie, dezercja przed końcem służby wojskowej, stosunek do więzienia i konspiracji. Niby zalatuje tu żulerką, rodem z Bukowskiego, ale dystans z jakim jest opisywana jest tak duży, że oba światy - człowieka opisującego i opisywanego - nie zawsze kleją mi się w jedną całość. Zresztą nie tylko mi: "Zawsze podziwiałem rokendrolowców. Nigdy nie podziwiałem pisarzy. Zawsze chciałem być taki jak Iggy Pop, a nigdy nie chciałem być taki jak na przykład Ignacy Kraszewski albo Władysław Reymont. Gdzieś w moim życiu musiała zajść jakaś pomyłka. Wciąż jest we mnie rozdarcie. Do tej pory zazdroszczę Rafałowi Kwaśniewskiemu a kompletnie nie zazdroszczę Czesławowi Miłoszowi."(s.74) Czasem w tym swoim tumiwisizmie Stasiuk objawia się jak jakiś buddyjski mnich, albo stoicki mędrzec. Niby robi głupoty, ale jakby ciągle je obserwował jakimś trzecim okiem. Trafność jego dowcipnie wyrażanych sądów o rzeczywistości, aż boli.
Tu sobie chlapnie, że: "Utopia, jaka by nie była, prędzej czy później daje człowiekowi w dupę. Wystarczy ją zrealizować."(s.40) rozmyślając o anarchizmie czy pacyfistycznych ideach: "Pacyfizm, pacyfizmem, ale o tym, żeby nalutować zomowcom to każdy marzył."(s.85) idealnie puentując zastane realia: "Polacy jacy są, tacy są, ale jak przyjdzie do tego, że trzeba władzy wykręcić numer, to nie ma lepszych."(s.45) Z podobną dawką humoru pisze też zresztą o sobie, wspominając często niebanalne, a wręcz niezwykle trudne momenty. Szybko jednak łapiąc do nich dystans i poszukując ich źródła raczej w ogólnościach, niż po sartrowsku taplając się w indywiduum, co mi zresztą (jako fance psychologi społecznej) niezwykle odpowiada. Podobnie z nastawieniem do drugiego człowieka - szczerym, życzliwym, bez nachalnego poszukiwania zrozumienia u kogokolwiek - nastawieniem prawdziwego słuchacza bytującego jednocześnie w swoim osobnym świecie.

No i jest jedno zdanie, które przytulam w tej książce szczególnie, zwłaszcza, że wypowiedziane zostało w kontekście całkiem zabawnym:
"Patrzyłem sobie z góry na moje miasto i widziałem, że wyżej już nie zajdę. I wtedy właśnie pomyślałem, że może jednak wyjadę i zostanę w końcu tym pisarzem." (s.126)
Cieszę się, że dopiero teraz Pana Stasiuka spotykam, nie sądzę bym wcześniej (czasach liceum, kiedy to koledzy z miasta zaczytywali się nim,  gdy my śledziliśmy poszczególne linijki Przebudzenia de Mello) potrafiła go tak docenić. Po burzliwej miłości do Bukowskiego i nieco bardziej wyważonej do Konwickiego, miło napotkać taki Złoty Środek.






piątek, 14 września 2012

FILOZOFIA W DEPRESJI

Autor książki: Albert Sowa
Tytuł: Filozofia w Depresji
Wydanie:My Book, Szczecin 2004

Ta książka kończy się tam, gdzie moja historia się zaczyna. W 2004 po powrocie z pierwszej w życiu pracy zagranicznej trafiłam na I-wszy rok filozofii. Powitały mnie nowe korytarze, w świeżo oddanym do użytku budynku...nie te, które zauroczyły podczas pierwszego w życiu kontaktu z uniwersytetem, stresującej rozmowy kwalifikacyjnej... nie te, które pomogły podjąć decyzję, jak pokierować własnym życiem. Było to zatem spotkanie chłodne i w takiej relacji pozostajemy do dziś.

Filozofia w Depresji to swego rodzaju "urban legend". Odkąd pamiętam wiele się o niej mówiło... o tym, że odważna, że na faktach, że trzeba to koniecznie przeczytać... No więc nie czytałam. Trochę z przekory i z myślą, że "jaki jest koń każdy widzi" i jeśli coś jest na rzeczy z tym zeszytem zadrukowanym plotkami, to sama się o tym szybko przekonam.

Z czasem to urban-legend gdzieś się rozmyło... całkiem w końcu znikając i dopadło mnie po kilku ładnych latach, podczas których z Depresją się zaznajamiałam, zżyłam, nienawidząc i kochając ją szczerze, nieustannie marząc by się z niej wydostać, a jednocześnie znaleźć tu kawałek swojego miejsca na ziemi. A może tak jak autor: Szukam centrum miasta. Szukam klucza do tego wielkiego domu, jakim jest Depresja. Czuję, że stoję na zewnątrz nie mogąc wejść do środka i rozgościć się... szukałam.

Depresja...
...to miejsce, które odnaleźć możecie wszędzie, które przytrafić się może każdemu. Warto tam zagościć choćby na chwilę, nie tylko by się przekonać, że co Was nie zabije to i wzmocni, ale że smak niedoli może być nawet słodkawy. Zacznijmy jednak od końca, czyli powodu, dla którego właściwie Depresja.. się tu znalazła.
No więc jest to książka napisana dobrze, ba! bardzo dobrze... porządnym językiem, zwięźle, z humorem, pełna dystansu, autoironii, no i często mniej lub bardziej gorzkiej prawdy o świecie. Tyle chyba powinno wystarczyć tytułem reklamy.

Książę Przecław...
...kolejna legenda, której źródła nie dane mi było dotknąć. Pomyślałby kto "filozof z krwi i kości", ale czy da się tę postać w ogóle jakoś streścić.
Ot chociażby jego podejście dydaktyczne: ... mądry student poradzi sobie sam,a głupiemu i tak nic nie pomoże(...) nauczyciel filozofii, który nie potrafi powiedzieć w piętnaście minut tego, co ma do powiedzenia, nie może być dobrym nauczycielem. Dawno temu spotkałam kilku poddanych, którzy chyba filozofię mieli podobną, nie wiem tylko, czy z przydziału dostali osobowość, która pozwalałaby na nią przymykać oko. Książę to jednak postać nader ciekawa, trochę taki Bukowski, może bardziej spokojny i intelektualnie sprytny. Na pewno jednak dzielący przynajmniej dwie jego miłości... jedną nazwać można dziś śmiało Świnią na sośnie druga, jak mniemam, utuliła go do wiecznego snu.
O Księciu jednak pisać  za wiele nie mogę... lepiej byście sami mu się przyjrzeli, być może pożałujecie, żeście go nie spotkali, a być może, ucieszycie się, że nigdy nie poznacie... To też trochę jak z Bukowskim :)

O filozofii słów kilka...
Jest taki dialog, który szczególnie mnie urzekł i którego nie mogę nie zacytować:
- Filozofia, przynajmniej taka, jaką dotychczas uprawialiśmy, nie ma żadnej przyszłości. Nie ma co oszukiwać siebie i studentów. Trzeba z nią skończyć?
- Jaka filozofia?
- W wydaniu klasycznym. Filozofia, jako próba zrozumienia sensu świata. A ja jestem przekonany, że świat nie ma żadnego sensu. Więc trzeba skończyć z filozofią. Żeby nie popaść w absurd.
- Zakładałeś Instytut w dojrzałym wieku. Nie jako dwudziestolatek, który zdąży zmienić jeszcze dziesięć razy poglądy, zanim dojrzeje. Wiedziałeś co robisz.
- Wiedziałem. Do Depresji przyjechałem, bo dali mi mieszkanie. W zamian założyłem Instytut Filozofii. To moje dziecko i zamierzam je zabrać do grobu. (...)
No więc może i zabrał, gdyż moja droga przez/ku/na przekór/do filozofii prowadziła już tylko przez paradygmat analityczny. Tak w Depresji zresztą chyba było i za czasów Księcia... duch Nietzschego, Platona, Abelarda.. których poznałam w licealnych lekturach, nie unosił się nad szeregami ławek. Z drugiej strony zaś nauka skupiona wokół mocno abstrakcyjnych rozważań językowych nie zachęcała do bliższego poznania.  Pierwsze kroki więc spacerem się kończyły we mgle i nawet Wierny Tomasz, który porzuciwszy uprzednio czeluście swego przytułku, próbował drogę wytaczać jasną i gwieździstą, nie mógł przywrócić wiary w to, że Depresja ma jakieś centrum, do którego warto dążyć.

I o filozofowaniu...
- ...Po cóż oglądać się na Wchód czy Zachód, jeśli my sami w Polsce znaleźliśmy niepowtarzalną ścieżkę. Jestem za ideą Solidarności. dziś już rzadko obceną. To nie przeszkadza w indywidualnym rozwoju jednostek, wedle talentu każdego.
(...)
-... Solidarność jest tylko tam, gdzie ludzie wierzą w organiczną koncepcję społeczności. Jedno ciało. Nie można wymyślić mocniejszych więzi międzyludzkich. Nie można mówić o solidarności w społeczeństwie, które kształtuje jednostki autystyczne. Bez drzwi i okien na innych i na świat. (...) Dlaczego my w Instytucie Filozofii nie moglibyśmy tworzyć jednego ciała i jednej duszy? Nie jesteśmy firmą nastawiona na mnożenie pieniądza, ale ośrodkiem, z którego powinien promieniować pewien model kultury...
Tęskno mi do tej wiary w drugiego człowieka, w to, że można coś razem, wspólnie, zgodnie, do celu. Dawno temu trzeba było z tego otrzeźwieć...poważnym ludziom nie przystoi wierzyć i jakkolwiek z agnostycyzmem w sprawach religijnych, bądź ogólnie przyjętym sceptycyzmem w sprawach wszelakich, łatwo się pogodzić... tak z utratą wiary w wspólność idzie nie najlepiej. W końcu, jako szympans ciągnie mnie do spędzania dni na iskaniu, turlaniu, choć w jego bardziej "wyrafinowanym" tudzież po prostu człowieczym wydaniu. Ot choćby jakaś debatka, której istotą nie byłaby chęć zmiażdżenia przeciwnika, a taka bardziej przyjemna, majeutyczna metoda. Dialog, a nie dwa zderzające się monologi.

O czym to było?
Początkowo odbierałam Filozofię w Depresji, jako kontrowersyjną opowieść o świecie mniej mi znanym i mniej lubianym również. Wszelkie związane z nią legendy, niech jednak pozostaną w przeszłości, warto zaś zajrzeć do tego, co mówi ona o teraźniejszości, zupełnie przecież z nią niezwiązanej. No właśnie czy mówi i czy niezwiązanej? Może jest jakimś powszechnym wyrazem filozoficznej nostalgii do lepszego świata? A może to zwyczajna próba odegrania się na kolegach? Jeśli nawet, to z pewnością próba w najlepszym guście, bez pomyj, zaś z duża dawką dystansu i zaskakująco pozytywnej energii...w obliczu konającego ciała Księcia przytulonego do gnijących zwłok Królowej Mądrości.







niedziela, 5 sierpnia 2012

Charles Bukowski, Z SZYNKĄ RAZ!

Z szynką raz! a właściwie: Ham on Rye (Szynka na życie) to opowieść o dzieciństwie i dorastaniu Bukowskiego. Została przewrotnie dedykowana: "Wszystkim ojcom" i chciałabym, by matki i ojcowie tego świata ją przeczytali.
Bukowski pisze szczerze, wulgarnie, jego talent wciąga i odpycha: brutalnością, chamstwem, pesymizmem, jednocześnie objawiając ogromne pragnienie życia, życia przede wszystkim po swojemu!

Takie historie widzieliśmy na wielu amerykańskich filmach: dziecko wychowywane bez miłości, ojciec sadysta, zastraszona matka, bieda, głupota otoczenia...jednak w telewizji wszystko kończy się happy endem, a przynajmniej zemstą,…ale nie u Bukowskiego. Tutaj rzeczywistość dotyka nas aż boli… wreszcie zaczynamy choć trochę rozumieć, skąd się wziął ten genialny pisarz. Brzydota, spowodowana źle leczonym trądzikiem, bójki z kolegami spowodowane brakiem miłości i pewności siebie,  okropny stosunek do kobiet spowodowany postawą matki... dużo roboty dla psychoanalityka albo whisky, tudzież taniego wina.

To, co lubię w Henrym Chinaskim to jego pragnienie samotności. Niby wynika ze smutku, depresji, zawiedzenia otoczeniem, ale jest w nim jednocześnie ogromny pęd życia. Jego historia to opowieść o  inteligentnym młodzieńcu, posiadającym ohydnych rodziców oraz bardzo brutalne i niezwykle przejmujące doświadczenia, które zdają się nie  mieć końca. Nic dziwnego, że ostatecznie wyrasta na zgorzkniałego sukinsyna, zaskakuje jedynie to, że niektórzy byli w stanie go wyłącznie jako takiego postrzegać. 
Czasem wydaje mi się całkiem straszne, że Bukowskiego czyta się z taką łatwością…zapałem i …przyjemnością. Jego świat wciąga. Można nim gardzić, można go żałować, ale nie sposób nie docenić.
"No dobra Boże, powiedz, że naprawdę jesteś. To tyś mnie tak urządził. Chcesz mnie sprawdzić. A jeżeli to ja ciebie sprawdzę? Jeżeli powiem, że cię wcale nie ma? Wystawiłeś mnie na najcięższą z prób, dając mi takich rodziców i te wrzody. I chyba ją zaliczyłem. Jestem twardszy od ciebie. Gdybyś teraz zaraz zszedł tu do  mnie na dół, to bym ci splunął w twarz, jeżeli w ogóle masz twarz. A jak u ciebie ze sraniem? Ksiądz nam tego nie powiedział. Kazał tylko nie wątpić. A niby w co? Wydaje mi się, że za bardzo się na mnie uwziąłeś, więc mówię ci, złaź, teraz ja cię sprawdzę!"   - z religią Henry dał sobie szybko spokój tak jak z : wiarą w rodziców, przyjaźnie, uczciwość i uprzejmości, a jednak trwała w nim potrzeba bliskości z drugim człowiekiem, której niestety w żaden sposób nie udawało mu się wypełnić.

Parszywy Bukowski w swoim parszywym życiu trwał, jako idealny obserwator kontestujący przykrą rzeczywistość i choć według autora jego biografii nie wszystkie jego opisy trzeba traktować serio, to film o nim, który wkleję poniżej, tę gorzkość jego egzystencji raczej podkreśla niż rozświetla.

Nie chcę wiele pisać o Bukowskim, kiedy widzę góry i zachwycam się ich pięknem, to milczę, podobnym uczuciem darzę jego twórczość. Nie potrafię opisać, jak bliska jest mi ta postać. Być może każdy, kto mnie zna choć trochę i przeczyta to zdanie powie: no jak to? Bukowski bliska postać? Przecież nie pijesz, nie ćpasz, jesteś poukładaną studentką, weganką, czyli typem czytelnika, ba człowieka, którym Bukowski po prostu by gardził. Rzeczywiście tak jest, gdyby dane nam się było spotkać, być może otrzymałabym 5 minut audiencji u wybitnego pisarza i to tylko gdybym włożyła podwijającą się wysoko spódnicę i pończochy (Bukowski miał ogromny fetysz kobiecych nóg) Tylko ja nigdy bym nie chciała spotkać Bukowskiego, tak jak żadnego innego autora, którego cenię. Wolę jego obraz w mojej głowie i bytujące tam z nim pokrewieństwo.

Polecam tę książkę, choć to Kobiety są najwybitniejszą prozą popełnioną przez Zapitego Bohatera zbuntowanej młodzieży.

A gdybyście chcieli troszkę autora poobserwować, to posklejali dokument o nim (w j.ang. jest w lepszej jakości):


 Autor książki: Charles Bukowski
Tytuł: Z szynką raz!
Tłumacz: M. Kłobukowski
Wydanie: Noir sur Blanc, Warszawa 2002

poniedziałek, 16 lipca 2012

Aldous Huxley, NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT

Są takie książki, popularne i cenione, które jakimś dziwnym sposobem omijały nas (tudzież my je omijaliśmy) tak szerokim łukiem, że nawet wstyd się przyznać, iż się ich nie czytało. No ale przecież wiecie, jak jest, a to nie ma w spisie lektur szkolnych (nawet tych nadobowiązkowych;)), a to nie ma w bibliotece, a to jak masz pożyczyć od kolegi, to zapominasz wziąć ze sobą przy pożegnaniu. No i pewnego dnia, zupełnie przypadkiem, trafiasz na to rozsławione dzieło, element wtrąceń i porównań czynionych w programach wieczornych i telewizji śniadaniowej, ten wyrzut sumienia (źródło wkurzającego do granic: No co Ty, nie czytałaś tego?). No więc przeczytałam! I oto garstka mojej refleksji.

Są takie dzieła, które się nie starzeją.
Po Equilibrium, Gattace, oraz mniej wyrafinowanych katastroficznych wypocinach Hollywoodu, czytanie Nowego Wspaniałego Świata, opowieści o hodowli dzieci z butli, warunkowanych do wykonywania określonych zadań, po to by z uśmiechem skonać, nie robi wielkiego wrażenia (byłoby całkiem fajnie móc, coś takiego przeczytać w 1932r.) Niemniej dla osób, które na co dzień wyobraźnię trzymają w ryzach wyznaczonych zadań i doczesności, być może będzie to ciekawostka. Niestety, odnoszę wrażenie, że troszkę za późno się za tę lekturę zabrałam, może gdybym przeczytała ją pod koniec podstawówki. Dziś po prostu trąci myszką.

Nie każdy czytelnik to idiota.
Powieść jest krótka, wartka, wciągająca, ale też denerwująca. Od początku czuje się, że opisywaną rzeczywistość należy oceniać negatywnie. Autor nawet nie sili się w pokazywaniu jej licznych zalet. Są one wymieniane, ale od pierwszych stron czujemy ciążące nad wszystkim widmo, perspektywę sokratejską pośród krzątających się głupców. No a im dalej, tym gorzej, aż do kulminacyjnego momentu, w którym autor łaskawie objaśnia nam na czym polega wyższość rzeczywistości jaką znamy, nad tą stworzoną sztucznie w celu zapewnienia: stabilności, ładu, harmonii. Na szczęście są zalety, które to zdenerwowanie pozwalają opanować.

Nie ma to jak poczucie humoru.
" <<Czyliż nie ma litości w niebiosach,
Co by wejrzała w otchłań mego bólu?
O droga matko, nie odpychaj mnie!
Opóźnij ślub o miesiąc, tydzień choć;
A jeśli nie, to ściel mi małżeńskie łoże
W mrocznym grobowcu, gdzie Tybalt spoczywa... >>

Helmholtz wybuchnął niepowstrzymanym śmiechem.
Matka i ojciec (zabawna nieprzyzwoitość) zmuszają córkę, żeby sobie wzięła chłopca, którego ona nie chce! A ta idiotka nie mówi, że ma innego (w danej chwili przynajmniej), którego woli! (...) najwyższym wysiłkiem powstrzymywał napór swej wesołości, jednakże wzmianka o <<drogiej matce>> (wypowiedziana pełną bólu intonacją Dzikusa) i o martwym ciele Tybalta, najwyraźniej nie skremowanym i trwoniącym fosfor w jakimś mrocznym grobowcu, to już było dlań za wiele."

Toż to nie trzeba żyć w Brave New World, by zupełnie  nie kumać Shakespeare'a ;), ale tak sobie myślę, że byłoby cudownie móc żyć na Ziemi za kilka wieków. Pryskać śmiechem na tą przestarzałą technologię blogowania, będąc przyzwyczajonym do czuciofilmów. Brzydzić się starych grubych ludzi, będąc do końca swoich dni sprawnym i pięknym. Nie rozumieć fenomenu rodzenia dzieci powodującego bóle i rozrywanie skóry. Latać sobie superhelikopterkiem do rezerwatu dzikich, którzy wierzą w Boga, żyją w monogamii i się pocą.

A czemu nie wspaniały?
O powieści mówi się, że to antyutopia, więc nie wiem, czy będę mogła powiedzieć: a dlaczego nie odwrotnie? Przecież jak jesteś książkowym "epsilonem", "gammą", czy innym tam niższym modelem człowieka (przeznaczonym do wykonywania określonej pracy i uwarunkowanym na bycie szczęśliwym z powodu swojego wyglądu, zawodu, sposobów spędzania wolnego czasu) to nie możesz jednocześnie chcieć być nieszczęśliwym w imię wolności przez duże W. Jeśli konstrukcja nie posiadałaby wad (osobników, które czują się w zastanym porządku nieswojo), panowałoby ogólne szczęście, utopia byłaby zrealizowana i nie byłoby 3cioosobowej perspektywy, która nam powie, jak to beznadziejnie być w Matrixie.

Biada temu, kto wyciągnąłby mnie z Matrixa!

Swoją droga, jak to naiwne wierzyć, że człowiek wyciągnięty z Matrixa będzie posiadał tak silne pragnienie prawdy, że nie będzie chciał dać sobie spokoju z tym całym syfem. Huxley trafia w punkt pokazując reakcję ludzi na mówkę o wolności wygłaszaną przez Dzikusa i Helmholtza (głównych bohaterów). No ale niestety, ponieważ sam (Huxley) postanawia przywołać swój abstrakcyjny świat do porządku, no to się okazuje: że ładem, ktoś musi zarządzać, a ten ktoś sam musi być w nieładzie, żeby wiedzieć jak ład najlepiej realizować. 
Ostatecznie wydaje mi się, że nie można chcieć być nieszczęśliwym Sokratesem, jeśli się jest szczęśliwym głupcem, więc niech Sokratesy sobie oglądają Gattacę i Equilibrium i płaczą, jak by to było beznadziejnie bez tych naszych wszystkich ułomności, a ja tam się zabieram za produkowanie identycznych dzieci z butelek ;P

Uwaga, uwaga.

No dobrze, tak już całkiem serio, to jeszcze dwa słowa o etyce. Mam wrażenie, że każdy, kto choć trochę nią się zajmuje zauważył u siebie taką chęć porządkowania pewnych spraw i dążenia do jak najlepszego systemu, który by pozwolił zyskać optymalne rozwiązanie w kwestii: dążenie do szczęścia ogółu vs. wolność. Wydaje mi się coraz częściej, że tych dwóch rzeczy nie da się pogodzić, zwłaszcza żyjąc w społeczeństwie. Pokazuje to nam hierarchiczny świat zwierząt i nasze hierarchiczne zarządzanie Ziemią
Co gorsze, im więcej myślę o powszechnej szczęśliwości tym więcej nakazów i zakazów przychodzi mi do głowy. Jest to troszkę przerażające. (Zakazać zabijania zwierząt na mięso. Nakazać oszczędzać zasoby wody i energii. Zakazać brania większości narkotyków. Nakazać zdrowe odżywianie i ruch. Zakazać posiadania dzieci rodzinom patologicznym. Nakazać adopcje parom, które wybierają invitro. Itp. itd.) A przecież jak ognia boimy się tych ograniczeń. Przecież NWŚ jest pochwałą naszej wolności, codzienności - ułomności, nieszczęścia i wolności wyboru.
Więc co tu robić z tą całą etyką?